Tematem spektaklu jest pogarda.

Aleksander Krzyszowski, dwudziestoośmioletni kurator sztuki współczesnej, liberał i wyzwolony gej, po dwóch latach nieobecności wraca do domu na siedemdziesiąte urodziny matki. Zerwał z rodziną prawie wszystkie więzi. Przekonany o własnej słuszności, jest przerażony światem, który zastaje. Oddany bez walki dom opanowany został przez brata, drobnego przedsiębiorcę, jego żonę, katechetkę, faszyzujących bratanków. Jego siostra – filmoznawczyni z Warszawy – i jej partner, mimo oporów, godzą się na warunki dyktowane przez ten świat. Aleks, poza okazywaniem wyobcowania i wstrętu, pozostaje bierny. Wierzy, że po urodzinach matki wróci do swojej bańki i będzie mógł dalej żyć po swojemu.

Dom Krzyszowskich to Polska 2017 – religijna, konserwatywna, nacjonalistyczna, faszyzująca. Perwersyjnie przywiązana do przeszłości i pielęgnująca wspólnotowe mity i wyidealizowane „kiedyś”, kiedy było lepiej. Nieakceptująca obcych ani nikogo, kto wychodzi poza ustalony schemat. Samozadowolenie elit i odklejenie od rzeczywistości pozwoliło obudzić się demonom.

Pompa funebris wyprawiona w Teatrze Polskim w Poznaniu odbędzie się przy muzyce zespołu Nagrobki w składzie Maciej Salamon i Adam Witkowski.

Bilety w cenach

  •  50 PLN normalny;
  •  30 PLN ulgowy.

Recenzje

"Portret trumienny" przedstawia zderzenie światów: tego, który żyje wciąż przeszłością i nieaktualnymi wartościami i tego, który od święta odwiedza Polskę zakompleksioną, przestraszoną i nieświadomą. Polskę B i Polskę A. Ich i nas. Diagnoza o głębokim podziale społeczeństwa i braku możliwości dialogu zostaje wsparta przejaskrawionymi, karykaturalnymi i jednowymiarowymi postaciami. To żywe stereotypy realizujące się na scenie. Pytanie brzmi - w jakim celu? Diagnoza, którą stawia Kmiecik nie jest diagnozą ani nową, ani mocną - teza o braku możliwości dialogu między dwoma frontami społecznymi udowadniana jest codziennie, w każdym wydaniu dowolnego serwisu informacyjnego. Uproszczenia, przekłamania, stereotypizacja - to wszystko znaleźć można także poza teatrem. Dlaczego więc "Portret trumienny" tak silnie opiera się na obrazowaniu rzeczywistości, której przecież wszyscy mamy już dość?

Polska dzięki Kmiecikowi otrzymała kolejną diagnozę bez konkluzji. I utrzymaną w duchu nihilistyczno-destrukcyjnym propozycję - wspólnego spotkania w mogile. Po śmierci przecież jesteśmy wreszcie równi. Być może nie ma innego wyjścia. Być może jedynym miejscem, w którym przedstawiciele obydwu frontów spotkają się ze sobą, będzie wspólna mogiła. Być może wyrok został już wydany, a nam pozostaje czekać jedynie na jego realizację. Pasywność i skrajnie egoistyczna postawa, której reprezentantem jest Aleks, zdają się prowadzić jedynie do katastrofy. Jakiej pięknej katastrofy...!

Aleksandra Skowrońska, kultura.poznan.pl, 26 czerwca 2017

Michał Kmiecik razem z dramaturgiem Piotrem Morawskim zdecydowali się skrócić ten niezbyt obszerny tekst. Aleks (grający gościnnie Piotr Nerlewski) jest tutaj reżyserem całego przedstawienia. Beznamiętnie pali papierosy, wydaje polecenia wszystkim postaciom ("tu wejdź, tu wyjdź, tu usiądź"). Krótko charakteryzuje każdego członka rodziny, rozdziela rozpoznawalne atrybuty: postać Krystyny-katechetki (Barbara Prokopoicz/Monika Roszko) ma piękną czerwoną pelerynę z wizerunkiem Chrystusa Króla na plecach, zaś brat Wiesław (Przemysław Chojęta) nosi strzelbę (ta jednak, o dziwo, nie wystrzela). Wszystkie postaci są tu karykaturalne. Rodzina ze wsi wpisuje się prosty stereotyp zaściankowej ciemnoty, powierzchownie religijnej i ksenofobicznej. Sam Aleks niej est niewinną ofiarą - to przecież on reżyseruje dla nas to przedstawienie, ten spektakl wzajemnej pogardy. Czyżby zatem kryła się w tym jakaś większa myśl - że oto polski nacjonalizm, konserwatyzm, szowinizm i dewocja funkcjonują tak naprawdę przez pogardę miejskich "elit"? Trochę ta diagnoza za prosta, choć zgadzam się, że taka zależność istnieje i działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Ale obsadzanie którejś ze stron w roli reżysera, sugeruje jednak pewien rodzaj władzy - a tej chyba niestety uprzywilejowani kuratorzy sztuki i profesorki filmoznawstwa nie mają.

Stanisław Godlewski, Gazeta Wyborcza - Poznań nr 154, 5 lipca 2017