Bohaterem „Spowiedzi szaleńca” jest sam Strindberg – poeta, człowiek teatru, wagabunda, skandalista, podrywacz, pijak. Nie mógłby nim być nikt inny. To spowiedź w pierwszej osobie.
Czym ma być to przedstawienie? Wewnętrznym monologiem o kobiecie bez kobiety? Arcyzabawnym stand-upem, wyśmiewającym wszystkie własne przywary i kłopoty z płcią przeciwną? Jeśli na każdym przedstawieniu nie będą rozlegać się salwy gorzkiego śmiechu z pewnością będziemy zawiedzeni.
Spektakl powstał w ramach Pracowni Inicjatyw Aktorskich (PiniA) oraz we współpracy z Fundacją Cukier Puder.
Recenzje
W tytułową rolę wcielił się Przemysław Chojęta. Aktor niebanalny i tak przekonywujący, że widz miał wrażenie, że oto spotkał na swojej drodze prawdziwego szaleńca. Mężczyznę pogrążonego w najciemniejszych zakamarkach obłędu, dla którego nie ma już żadnego ratunku, i który na zawsze pozostanie osamotniony w swojej chorobie. Targany skrajnymi emocjami – od nienawiści aż po miłość, balansował na cienkiej granicy całkowitego załamania psychicznego i euforii.
Spektakl był pewnego rodzaju eksperymentem, w którym znaczącą rolę odgrywała publiczność. A może w ogóle jej nie było? Może wszyscy widzowie, którzy byli w przestrzeni Teatru Polskiego, stali się, mimo swojej woli, uczestnikami tej porywającej spowiedzi? Zachęcani przez tytułowego szaleńca weszli w interakcję, której celem było oczyszczenie duszy obłąkanego i przywrócenie jego psychiki do stanu przedmałżeńskiego. Czy się udało?
Marta Łuczkowska, www.swiatkultury.pl, 26 czerwca 2015
